
Zagato z pewnością nie dał się zaskoczyć, zresztą Soryuu też nie do końca zadbał o dyskrecję. Kiedy zatem pojawił się na granicy drzew i równiny, tuż za plecami rycerza przerywając mu dążenie w kierunku drużyny, ten tylko wziął szeroki zamach i przeciął sylwetkę demona mieczem. Ta rozpłynęła się w powietrzu jak zwiewna mgiełka, a prawdziwy demon wyłonił się zza drzewa.
- Wybacz iluzję, nie byłem pewien twojej reakcji - powiedział drwiąco.
Nieumarły zwrócił się w stronę rozweselonego demona.
- Czego tu szukasz?! Nie służę już Ulvarowi!
- Ach, zatem jednak go zdradziłeś - powiedział Soryuu, z pozoru łagodnie, ale kto go znał, wiedział, ile jadu i ukrytej groźby sączy się z jego ust. - Chciałem się tylko upewnić.

- Nie zdradziłem go! To on zabijając mnie wykluczył z kręgu swoich podwładnych z powodu nieporozumienia!
- A ty podkuliłeś ogon i przyjąłeś warunki jakiejś lafiryndy! - syknął demon.
- To on cię tu przysłał? - odciął się Zagato.
Soryuu opanował się i spojrzał na mężczyznę lodowatym wzrokiem.
- Nie, on nic nie wie - odpowiedział spokojnie. - Sam dbam o jego interesy. Mógłbym cię zgładzić tu i teraz i żadna boginka by się nawet tu nie pofatygowała, by cię ocalić.
- Ale?
- Ale zamiast tego wolałbym ci dać drugą szansę. Z pewnością Ulvar by to docenił - Soryuu przejechał paznokciami po swojej szacie, następnie krytycznie się im przyjrzał. - Szepnę mu o tobie dobre słowo. Ale w zamian ty zastanów się, po czyjej jesteś stronie. W końcu tyle ci ofiarował.
- Co niby miałbym robić?!
- Cóż, to zależy od ciebie. Mógłbyś pomóc mu rosnąć w siłę, albo mógłbyś być z drużyną, jeśli tego chcesz. Wiem, wiem, tak hojna propozycja tak rychło, tak nagle.
- Niewątpliwie nie planujecie ponownie wbić mi noża w plecy - rzucił sarkastycznie Zagato.
Soryuu się roześmiał.
- A jaką masz pewność, że boginka nie zrobi tego samego? Ryzyko wliczone. Z nami, chłopcze, masz szansę na potęgę. Tego przecież pragniesz.
- Zostaw mnie w spokoju! - warknął mężczyzna mając dosyć pogrywań demona. Cała jego osoba działała mu na nerwy, niezależnie od tego czy ten groził mu śmiercią, czy nie.
Soryuu wzruszył ramionami i tylko uważnie zmierzył wzrokiem nieumarłego, aż ten ewidentnie poczuł się nieswojo. W słabym świetle gwiazd leniwie prześlizgującym się po błyszczącej, szarej skórze Zagato, demon dostrzegł pewien dysonans w harmonijnej symfonii męskiego piękna (by Bru XD). Jego perlisty śmiech zmącił ciszę nocy.

- Iście do zmasakrowanej twarzy ci w tych skórach - powiedział przelatując językiem po górnej wardze i rozkoszując się widokiem zszokowanego, nie. Zdegustowanego rycerza. - Przemyśl moją propozycję, złociutki. I pamiętaj, wybierz dobrze.
Demon uśmiechnął się diabelsko na odchodne i zniknął.
Tagi: zagato,
zire,
soryuu
2012-01-28 23:20:07
skomentuj (13)
Po tym jak starsza anielica wyrzuciła Kurza z namiotu, reszta męskiego grona udała się w jego ślady. Touda dyskretnie zniknął a tengu, rozchyliwszy poły namiotu na tyle, by wpuścić odrobinę blasku gwiazd do środka i bezszelestnie wyjść, pomaszerowali ramię w ramię przed siebie, ale uważając, by był to kierunek inny niż obrany przez Kurza. Bracia nie chcieli przypadkiem wpakować się w krąg narzekania "jakie to są kobiety". Swoje wiedzieli.
- Eh, kobiety... - pokręcił głową Kotaro,

- Taaa... - odparł Kojiro. Skrzydlaci rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenie, po czym wybuchnęli śmiechem. Jakże typowe to było! Rozluźniwszy się nieco tengu postanowili, że pójdą przejść się po okolicy wokół obozowiska, żeby trochę odpocząć od grupy ludzi i nieludzi, za których byli (w minimalnym stopniu, ale jednak) odpowiedzialni.
Tymczasem w namiocie...
Anielice już zaczęły skakać wokół Motoko, dopytując się wciąż o jej samopoczucie, o to jak wszystko teraz wygląda inaczej gdy jest człowiekiem. Oreas i Sinceritas rozważały też, jak można by uleczyć dyskomfort związany z nowym stanem pani major. Przecież nie mogły zaangażować magii. A może był on potrzebny, więc nie należało go usuwać? Samo przejdzie? Anielice były bardzo ciekawe tej przemiany, bo, choć same były żywe, to jednak nie były zwykłymi ludźmi, zwłaszcza zwróconymi do ludzkiej postaci. Krzątały i głowiły się nad biedną byłą cybordessą (XD), a Sophia z coraz bardziej zniecierpliwioną miną milcząco obserwowała całe zajście. Westchnęła w końcu i poczęstowała Motoko zawartością pojemnej piersiówki. Gdy dziewczyna nabrała rumieńców i dostała czkawki, anielice zaczęły na nowo rozczulać się nad nią. Nawet nie zauważyły jak Sophia, w zupełnie nieimprezowym nastroju, opuściła namiot, darując sobie rozchylanie jego poł i umożliwianie blaskowi przesączanie się do środka. Po prostu wyszła.
- Oh, jakie to urocze! Dawno nie miałaś czkawki, co? - zaszczebiotała Sinceritas
- Zupełnie zmienił ci się wyraz oczu! Niesamowite, wiesz? Ojej... ale nie myśl o nas źle...
- No... tak, że się tak przyglądamy i w ogóle. Ale to takie fascynujące, to co się z tobą stało. Wiesz co?
- Szzooo?
- Twoje włosy zupełnie się zmieniły. Może da się je teraz ufryzować?
- Zrobimy loczki!
- Lo.. *hic* ...sssszki?
- Tak, loczki i... przydałaby się jakaś sukienka, loki nie pasują do tych ciuchów...
- Ale nie mamy nic takiego V__V
- To może twój mundur? Da się go przerobić magicznie...

- Ale szzooo wy *hic* kcecie od munduuuru *hic*?
- Oj tam, spodoba ci się! Ściągaj to! - i tak anielice, jako że zostały z Moto sam na sam w namiocie, bezceremonialnie rozdziały biedną żołnierkę. Sinceritas zchwyciła ubranie i zaczęła swoje przeróbki, chichocząc rozkosznie pod nosem, natomiast Oreas krytycznie przyjrzała się sylwetce zdezorientowanej i pijanej dziewczyny.
- Wiesz, przydałby ci się masaż.
- Szooo? Maszaszz? Ale ja nie poczebuje, sie samo *hic* zrege... zdege... zregedegeneru... *hic* ...uje.
- Jesteś strasznie spięta, gluteusy maximusy aż drżą z przejęcia, rectus femoris się ściągnął i wypaczył vastus lateralis. A levator scapulae woła o pomstę do nieba! Kładź się, muszę z tym zrobić porządek!
- Ale! *hic* - lecz Motoko nie zdołała się sprzeciwić, gdyż Oreas wprawnym ruchem ściągnęła ją na matę, wskoczyła na plecy dziewczyny i rozpoczęła masowanie, rozgrzewanie i rozciąganie protestującej major. Tymczasem Sinceritas, skończywszy z przerabianiem munduru na śliczną do mdłości falbaniastą mini-sukienkę dobrała się do włosów Motoko, magicznie kręcąc je w fikuśne i dziewczęce spiralki. Wciąż chichotała.
A poza obozowiskiem...
- Jak sądzisz, jak przebiega "babski wieczór"?
- Wolę nie wiedzieć. Jak się nudzą we dwie, to czasem wpadają im do głowy dzikie pomysły. Uwierz mi.
- Wierzę. A na przykład jakie? - Kotaro uśmiechnął się frywolnie na samą myśl.
- Na przykład... Ej, patrz. Tam ktoś jest!
- Wygląda jak Agan... mniej więcej. Chodźmy sprawdzić... - tengu polecieli w stronę, gdzie spostrzegli znajomą postać.
Feyd Rautha uniósł się na rękach trochę nad ziemię, po czym przyklęknął i powstał chwiejąc się. Yuuko dotrzymała umowy i w miarę bezkolizyjnie odesłała go na Zire. Wiedział, że to jego świat, czuł to w całym ciele. Może nie tak wyraźnie, jak było to możliwe w jego nieumarłej formie, ale jednak. Wtedy - on był tą krainą, czuł ją w kościach, każdym włóknie ciała, niebijącym sercu, nieruchawych płucach. Teraz jego oddech skraplał się w chłodnym powietrzu wieczora a nieustanny rytmiczny łomot nieomal nie rozsadził klatki piersiowej ekscytacją. Kraina była w tle, wyczuwalna, ale wciąż tylko w tle. I gdzieś, ledwo, ledwo... ale wyczuwał znajome wibracje. I dwie silniejsze, nieopodal. Owinął się szczelniej płaszczem - bogowie, ależ niepraktyczny był jego strój podróżny!
- Agan? Agan! - wołali tengu podfruwając w stronę tak zwanego w pewnych kręgach Opiekuna Bogów™
- Kotaro? Kojiro? To wy?
- O, panie starszy, widzę, że się nieco pozmieniało... - zaczął Kotaro, ale zaraz Kojiro uciszył go ledwie zauważalnym kuksańcem w bok.
- Wszystko w porządku? - tengu otaksował Agana wzrokiem, starając się wyczuć ewentualne niebezpieczeństwo. Nic jednak na nie nie wskazywało.

- Chyba tak. Żyję. I jestem żywy. I jestem na Zire, jak widać. A Rizu? Co z nim? Co z drużyną? Czy Korin dała znać...?
- Rizu jakoś się trzyma, ale... A z resztą, sam zobaczysz jak wrócimy do obozowiska. Już twoja... Twoja... *kghe* Co jest...?
- Koto, o co chodzi? - zdziwił się Kojiro
- ... -
- ? -
- Potem... może ci powiem. Nieważne. Chodźmy do wszystkich.
- Zaczekajcie - zatrzymał ich Feyd Rautha - Mam tu umowę.
- Jaką znowu umowę? Coś ty znowu podpisał!?
- Nie żołądkuj się. Dzięki temu mogłem wrócić tu, stamtąd.
- Skąd?
- Nie wiem, byłem ledwie żywy. W tym sarkofagu prawie się udusiłem, już witałem się z Acebritas. Czarownica mnie odesłała.
- Która czarownica?
- Nie pamiętam, jej imię wypadło mi z głowy... W ogóle, jakoś mgliście mi to wszystko wyglądało, miałem wrażenie, że śnię. Mam za to to - w tym momencie rycerz wyciągnął w stronę tengu rękę, trzymając w dłoni pergamin opatrzony złotą pieczęcią. Na pergaminie było trochę pisaniny. Kojiro sięgnął po dokument i zaczął czytać, Kotaro zerkał mu przez ramię.
- Ona odesłała mnie tu, bym pilnował kogoś, bronił i opiekował się... Jako zapłatę. Tak mi się zdaje.
Agan czekał, drżąc lekko acz niepostrzeżenie z zimna, tengu zgłębiali treść pergaminu. Choć wiadomość była zwyczajna, że "
Feyd 'Agan' Rautha będący Władcą Pogody, Opiekunem Bogów, Wojownikiem Legionów, Feniksem (Koto: "taaa, bogowie wiedzą czym jeszcze")
ma ochraniać Sophię delle Castirval, czarodziejkę, Wieczystą Przywódczynię Miasta Kobiet, Ambasador Przymierza Miast Południa i Jej Magnificencję Rektor Uniwersytetu Miasta Kobiet (Koto: "łooo, też ma niezłe tytuły! bufoniaste! XD"),
nawet za cenę własnego życia. Pilnować jej bezpieczeństwa ma w dzień i w nocy, nie przekraczając jednocześnie jej prywatności bez jej w oczywisty sposób wyrażonej zgody (Koto: "no to se nie pobryka", Koji: "cicho bądź, daj się skupić ><")
, aż do odwołania. W zamian Feyd Rautha zgodnie z jego życzeniem zostaje odesłany do swojego macierzystego Zire. [podpis nieczytelny]", to mina Kojiro stawała się coraz bardziej niewyraźna.
- Możemy już iść? Mam misję do wypełnienia.
- No tak, śpieszy ci się zobaczyć ma... maaa... - zaskoczony Kotaro bardzo się wysilał, ale nie mógł tego z żaden sposób wykrztusić.
- Że co? - spytał zdziwiony Agan
- Żona.
- Co "żona"?
- Ty. Masz. Żonę. - spróbował białowłosy tengu.
- A skąd! Nigdy nie byłem żonaty. Zbyt kocham kobiety, by unieszczęśliwiać wszystkie poza jedną ^o^
"No tak, wrócił do siebie" Kojiro półgębkiem szepnął pocącemu się z wysiłku intelektualnego Kotaro na ucho.
- Sophia to twoja ż.. ż...
- Co jest, czemu rzęzisz?
- Sophia. Żona. Ty. Mąż - naśladując Tarzana wydukał tengu, a Kojiro robił się coraz bardziej rozbawiony.
- Niemożliwe, ja jej nawet nie znam. Nie wiem też, gdzie mam jej szukać.
Koto zrezygnował z dalszych wysiłków, Koji poklepał go dyskretnie po plecach w "będzie-dobrze-geście" i zwrócił się do Agana:
- Ona jest z nami, w obozie. Jest wprawną magiczką, asystuje nam i Rizu swymi umiejętnościami podczas misji. Wiesz jakiej?
- No, przecież; zmierzamy do świątyni wydobyć z niej artefakt potrzebny do ratowania Zire -
- Dokładnie tak! Cieszę się, że pamiętasz. Powinna być w północnej części naszego obozowiska, o tam. Obok jest namiot w którym zostały Oreas i Sinceritas, i twoja podwładna.
- Motoko?
- Właśnie. Sophii może towarzyszyć jej... - tu Kojiro zawachał się, ale na krótko - ...ukochany. Prawdopodobnie spędzają teraz razem czas.
- Rozumiem. Będę musiał być w takim razie dyskretny. A to ktoś znany na Zire? - młoda twarz Agana wyrażała życzliwe zainteresowanie i nic więcej.

- To Hazel. Hazel Nut - na te słowa Kojiro, wciąż utrzymującego pokerową twarz, Kotaro z sykiem wciągnął powietrze, jakby w obawie przed nagłym utonięciem.
- Hmm... Kojarzę tego złodziejaszka. Gwizdnął mi kiedyś kalesony, pedał jeden. Czemu ja go tak nie znoszę? Nieważne. Będę musiał zatem pilnować sakiewki i miecza. Dobra, czas nagli.
I Feyd Rautha, zabrawszy pergamin, teleportował się w wyznaczonym kierunku.
- Ale... JAK TO??? - szczęka Kotaro opadła w zdziwieniu na sam trawnik
- Ktoś wymazał mu wszystkie wspomnienia o niej - Kojiro w zamyśleniu drapał się po głowie
- Normalnie by ci wszystkie pióra powyrywał za tego "ukochanego"!
- Ona dla niego nie istnieje. Dlatego nie mogłeś mu powiedzieć w jednym zdaniu że Zosia jest jego żoną. Że oni w ogóle coś razem, kiedykolwiek...
- Skąd wiesz?
- Podczas gdy ty się zgrywałeś, ja przejrzałem strukturę tego pergaminu. To nie za cenę ochrony Sophii mógł wrócić, tylko za wszystkie wspomnienia o niej.
- A było coś o tym jak to odkręcić?
- Nie... Była sugestia czegoś. Ale za mało go znam, by móc to odcyfrować.
- Hmmm... Poza tym, że to rujnuje jego życie osobiste, to nie robi nikomu krzywdy, prawda?
- Dokładnie tak.
- To po co się tym przejmujemy w tej chwili?
- Nie wiem.
- Właśnie.
- Dokładnie. No to... wracamy do obozu, jak gdyby nigdy nic, tak?
- Tak.
- Dobrze...
I tengu niespiesznie pofruneli w stronę namiotów. Tymczasem Agan przyuważył mężczyznę i kobietę siedzących nieopodal, mężczyzna czule gładził jej włosy. Feyd udał się w ich stronę.
- Witaj Hazel, ostatnimy czasy często się widujemy.
Tagi: motoko,
tengu,
oreas,
sinceritas,
feyd rautha
2012-01-26 00:45:15
skomentuj (13)

Rizu siedział bez ruchu przy ognisku i patrzył na opatulonego w koce, śpiącego chłopca czekając, aż ten się obudzi. Podjął decyzję i nikt, nawet Fuuma, czy raczej zwłaszcza Fuuma, nie mógł zrobić nic, by ją zmienić. Bogin wiedział, że była słuszna. Z drugiej strony wymagała jednak spędzenia z Miką trochę czasu sam na sam. Rizu bardzo tego wcześniej chciał, ale teraz każde spojrzenie na twarz Snuwidzącego przypominało mu o zdarzeniach sprzed paru godzin, przyprawiając o mdłości.
Sen posiadał własną, ciężką i potężną magię, która zmasakrowała go dokumentnie. Gdyby nie nić połączenia z Fuumą, prawdopodobnie nie wydostałby się z niego samodzielnie. Niemniej, nie był to wniosek, z którego Rizu mógłby sobie zdawać sprawę. W tej chwili nie docierało do niego absolutnie nic. Gdy wyrzuciło go do rzeczywistości i powróciła świadomość, ostry, przeszywający ból zaczął rozsadzać mu czaszkę, a w płucach paliło od prób schwytania powietrza. Nic nie widział i nic nie słyszał. Był jak bezwolna lalka bez zmysłów, leżąca na ziemi, walcząca o oddech, zdana na łaskę świata zewnętrznego. Próbował się podnieść, ale nie mógł złapać równowagi. Raz po raz przecierał oczy, ale wzrok nie chciał powrócić. Po kilku chwilach poddał się. Czuł wokół siebie ruch powietrza, jakieś przytłumione dźwięki. Ktoś był w namiocie. Za chwilę do środka z wielkim impetem wpadł ktoś jeszcze. Rizu odwrócił głowę w stronę, jak mu się wydawało, wyjścia i czekał. Słyszał głosy, to na pewno, i choć jeszcze nie mógł rozróżnić słów, odetchnął z ulgą, że coś zaczyna się poprawiać. Po kilku kolejnych chwilach czyjeś ramiona pomogły mu się podnieść i udało mu się siąść stabilnie na ziemi. Nie śmiał nawet drgnąć. Zmusił się do płytkiego oddechu nie chcąc niczym zdradzić, jak bardzo był teraz bezbronny. I tak musiał wyglądać żałośnie.
Jeszcze trochę tej drętwej paplaniny i wydawało mu się, że rozpoznał głos i śmiech Faye. Wraz ze słowami, przed oczami zaczęły się mu pojawiać rozmazane zarysy kształtów przed nim. Choć wszystko było ciemne i rozmyte, udało się boginowi rozpoznać ciało dziewczyny. Tylko ona stała na tle palącego się za namiotem ogniska. Kiedy wyszła razem z Kenshinem, Rizu odważył się na próbę utrzymania równowagi bez podparcia. Pulsujący ból w głowie nie chciał ustąpić. Chłopak przetarł oczy i ścisnął palcami nasadę nosa.
- Co się stało? – szepnął bardziej do siebie niż do kryjącego się w mroku namiotu Fuumy. Uchylił powieki szukając mężczyzny i z ulgą przyjął fakt, że rozróżnia kształty o wiele wyraźniej, a ciemność jest spowodowana przewróconą lampą. Jedynym źródłem światła stała się blada łuna bijąca od ogniska w tle. Musiał przyznać, że było mu to na rękę. Było mu niedobrze i nie chciał, by go ktoś tak oglądał. Ale mógł już rozmawiać.
Podniósł wzrok i zobaczył Smoka wpatrującego się przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
- Fuuma? – mężczyzna z początku nie odpowiedział, ale coś w jego oczach podpowiedziało boginowi, że myśli Monou podążają bardzo mrocznym torem. – Fuuma!
- Nieważne! Ja nie mogę ci pomóc. Powodzenia.
Zebrał się do wyjścia, ale zanim mu się to udało, ich uszu dobiegł pełen niedowierzania i niepokoju krzyk (sugerujący pierwszą miesiączkę jakiejś małolaty – dop. CD).
- Ty krwawisz!
Na zewnątrz czyjaś rana wywołała niemały szum. Smok od razu opuścił namiot, zostawiając usiłującego stanąć na nogach Rizu samego. Chłopak drobnymi, chwiejnymi krokami podszedł do wyjścia i spojrzał w stronę gromadzącego się tłumku członków drużyny. Coś bardzo przykuło ich uwagę. Na twarzy Fuumy malował się wyraz niedowierzania połączony z poczuciem triumfu. Bogin usiłował zrozumieć, co się działo. Dopiero po chwili udało mu się dostrzec przyczynę zamieszania i w tej samej sekundzie przeszyło go lodowate uczucie ze snu, połączone z ciemnością zalewającą mu pole widzenia oraz z falą

mdłości. Czuł jak krew odpływa mu z twarzy. Widok Miki wywołał porównywalne wrażenia, co zanurkowanie w koszmar i, choć Rizu bardzo chciał, nie mógł się temu przeciwstawić. Nie zwracając uwagi już na nic, ruszył na oślep w ciemność daleko poza obóz, upadł na kolana i po prostu zwymiotował.
Nim doprowadził się do porządku (w tym zapiął koszulę, którą nie wiedział, czemu miał rozpiętą xD), minęło kilka dobrych chwil. W obozie Mika nadal zwracał powszechną uwagę. Deed i Fuu opiekowały się nim troskliwie, karmiąc go, pojąc i lecząc jego rany, za co Rizu był im wdzięczny. Prawdopodobnie sam nie miałby na to energii, jeśli oczywiście odważyłby się stanąć z chłopcem twarzą w twarz. Na szczęście młody Tankardczyk po kilku chwilach wyglądał jak nowy. Jednak żadne zaklęcia uzdrawiające nie były w stanie przywrócić mu sił. Z tego, co bogin zdołał usłyszeć, chłopiec tułał się po lesie i równinie cały dzień usiłując dogonić drużynę, kilkukrotnie gubiąc się po drodze. Nie dziwiło więc nikogo, że nagle wpół słowa zemdlał w ramionach Deed, która automatycznie stała się jego pierwszą opiekunką. Postanowili zostać przy ognisku, gdzie było cieplej. Reszta, w tym Fuuma, rozeszła się po namiotach (nie licząc podpitego Kurtza i później Kenshina, którzy innych nawet nie zauważyli, za to przysporzyli Deed sporo rozrywki).
Rizu musiał przyznać, że choć nie rozumiał pobudek Miki (w końcu wydawało się, że po ataku Liny nie chce już mieć z drużyną nic wspólnego), był w niemałym szoku, że udało się młodzikowi dojść aż tutaj. Pomijając jego nadwątlone siły, młody wiek i brak doświadczenia (koczowniczy tryb życia w grupie to jednak nie to samo, co samotna wędrówka po nieznanym), jak udało mu się przejść nocą przez pustynię, póki co pozostawało tajemnicą.
Chłopak obserwował Tankardczyka jakiś czas, dopóki nie był pewien, że ten zasnął. Dopiero wtedy podszedł do elfki i usiadł obok, narzucając na Mikę dodatkowy koc.

- Co z nim?
- Zasnął. Nie miał żadnych poważniejszych obrażeń, był tylko mocno wyczerpany.
- Mówił, co tu robi? I jak się tu dostał?
Deed pod tym względem podzielała uczucia Rizu. Dotarcie tutaj wymagało wielkiego szczęścia.
- Nie zdążył. Powiedział tylko, że połamał okulary Faye i że się cieszy, że nas dogonił, bo o mało smok go nie zżarł. Czy coś takiego. Troszkę bełkotał, w każdym razie.
Elfka zamilkła na chwilę, po czym dodała:
- Co z nim zrobimy? To tylko dziecko, nie może tu zostać, to niebezpieczne!
Rizu przetarł dłonią twarz i zapatrzył się w ogień. Czy Mika się tu znalazł, bo miał im coś ważnego do przekazania, czy po prostu zafascynowała go grupa kolorowych dziwolągów i zapragnął wyruszyć w poszukiwaniu przygód (narażając przy tym życie)? I czy Hana i jego rodzina mieli jakiekolwiek pojęcie, gdzie jest ich podopieczny?
- Zabiorę go do domu, gdy tylko się zbudzi – powiedział demon bez emocji. W końcu i tak miał już przechlapane u pustynnej Starszyzny.
Odprowadził pijanego Kurzyka wzrokiem, po czym znowu jego spojrzenie padło na śpiącego chłopca. Zatopiony w myślach nawet nie zauważył, że Deed uważnie mu się przyglądała, dopóki się nie odezwała.
- Wyglądasz na zafrasowanego.
- Co?
- No, jesteś spięty, blady i marszczysz czoło przez cały czas. Dodatkowo twoja magia osłabła. Co się stało?
- Blokuję ją – skłamał. – Nie ma sensu zwracać niepotrzebnej uwagi. Poza tym, to tylko lekkie zmęczenie.
Rizu obiecał sobie, że powie wszystko, jeśli w ciągu najbliższych dni nic się nie zmieni, albo gdy znajdzie się na skraju wytrzymałości. Jego moce uzdrawiające przestawały nadążać za wyniszczeniem wynikającym z braku snu i dodatkowej, być może zbędnej, ale trzymającej go z dala od koszmarów aktywności. Gdyby nie ten nadmierny wydatek energetyczny oraz ciężka moc kryjących się w czeluściach jego umysłu wizji, pewnie nie byłoby tak źle. Westchnął ciężko.
Siedzieli jakiś czas przy ognisku ciesząc się jego ciepłem. Z czasem do tej imprezy dołączyli Vash, Nick i pociągająca nosem, ale zadowolona Faye. Rizu z przyjemnością obserwował wysyp czułości między ukochanymi, mimo, że nie widzieli się raptem kilka dni. Chociaż, jakby na to nie spojrzeć, Vash był umierający. I choć coś w głowie Rizu nakazywało się zastanowić, skąd się obaj z Nickiem tu wzięli, zbył tę myśl i począł z dziwnym spokojem dłubać patykiem w ognisku.
Deed i Faye pokrótce przedstawiły chłopakom szczegóły, które ich ominęły, aż w końcu cała czwórka zaczęła szeroko ziewać.
- Będę mieć zakwasy, oooj, będę.
- Nie marudź, słonko. Myślałby kto, żeś taki delikatny.
- Heeej! A w ogóle, oddałeś Sagarze saperkę?
- Ty miałeś oddać!
- Przestańcie się kłócić, bo go obudzicie – upomniała chłopaków Deed głaszcząc Mikę po głowie.
- Em – wtrącił się Rizu – jeśli chcecie odpocząć, ja go przypilnuję.
Po ich minach demon stwierdził, że była to propozycja, na którą czekali od dłuższego czasu. Uśmiechnął się pod nosem.
- Dobranoc – powiedział.
Kiedy się oddalili, cały obóz zdawał się opustoszeć. Chłopak miał wrażenie, że zostali z Miką sami, mimo, że zdawał sobie sprawę z obecności Sophii i Nuta niedaleko, oraz kilku innych przemykających się osób (i mieczy). Tengu tylko raz podeszli do ogniska chcąc sprawdzić, co u chłopca. Poza tym panowała całkowita cisza i bezruch, którego Rizu nie zamierzał mącić. Ognisko grzało przyjemnie, co, razem z możliwością pilnowania Miki, chłopak uznał za zbawienie. W taką pogodę krótki rękawek nie był dobrym pomysłem. Kiedy Tankardczyk się obudzi, bogin znajdzie sobie jakiś szalik. Niebieski. Bo tak.
Westchnął. W końcu coś zdradzi jego słabość. Jak nie zachowanie, to potrzeba ubrania się. Wszystko przez głupi sen.
Spojrzał na Mikę i ogarnęły go mdłości. Nie chciał pamiętać tego stanu z kruszejącej mary.
- Chłopiec ma potężny dar – usłyszał nagle za plecami. Nie zarejestrował wcześniej obecności Fuumy, ale nie zamierzał pokazać, że dał się zaskoczyć. Posłał mu tylko obojętne spojrzenie. – Nigdy czegoś podobnego nie widziałem.
Cóż, nie dało się z tym sprzeczać. Rizu też nigdy czegoś takiego nie widział, ale ostatecznie nie miał zbytniego doświadczenia w przemieszczaniu się po snach i proroczych wizjach. Nie licząc jego małego światka z dzwoneczkami, za którym w tym momencie bardzo zatęsknił.
- Jakie masz wobec niego plany? – podjął Fuuma.
- Zabieram go do domu – odparł zimno chłopak.
- To rozsądne?
Rizu z niezrozumiałych powodów poczuł irytację. Wzruszył ramionami.
- Tak uważam.
- Jestem innego zdania. Lepiej będzie, jeśli zostanie i będę mógł go szkolić.
- Co?! – Rizu odwrócił się i spojrzał Fuumie w oczy.
Smok tylko założył ręce.
- Dzieciak ma wielką moc, nad którą nie panuje. Nieszkolony może okazać się zagrożeniem.
- Chcesz zabrać szczeniaka na taką wyprawę?! Oszalałeś?!
- Zastanów się nad tym. Ja ci nie pomogę, ale on może. Potrzebuje tylko szkolenia. To nie przypadek, że znalazł się z nami tu i teraz, bo nie ma przypadków na tym świecie.
Ten argument zawsze działał na Rizu jak płachta na smoka.
- Chłopiec.wraca.do domu! – wycedził wściekły przez zaciśnięte zęby i w tej jednej chwili, na ułamek sekundy, przeszył ich lodowaty ziąb, a blask ogniska całkowicie zniknął.
Rizu gwałtownie złapał powietrze nie rozumiejąc, co się stało. Wydawało się, że wraz z całą agresją na wierzch wydostała się jakaś cząstka niszczycielskiej magii z wnętrza koszmaru, jakby chciała uciec i udowodnić, że jest prawdziwa. Fuuma nic nie powiedział, taksował tylko Rizu wzrokiem spod zmarszczonych brwi.
- Na twoim miejscu – zaczął niskim, ostrym tonem – przemyślałbym jednak tę propozycję.
Smok odwrócił się od niego i odszedł w ciemność, zostawiając skamieniałego demona samego.
Rizu zsunął się z pniaka i siadł bliżej ognia. Cały drżał i było mu niedobrze. Jednak jakkolwiek by się teraz nie czuł, nie zamierzał zmieniać decyzji. Nie ufał Fuumie w kwestii Miki. Podciągnął kolana pod brodę i dalej czekał. Wkrótce chłopiec otworzy oczy.
Tagi: rizu,
zire,
deedlit,
fuuma
2012-01-22 01:37:53
skomentuj (26)
Khe, khe...
(większa wersja: prawy przycisk myszy - pokaż obrazek :D)
źródło inspiracji:
http://www.deltafaucet.com/bath/collection/rizu.html
"With fluid lines and a clean, contemporary look, Rizu provides a deeply satisfying sensory experience while saving water." ... taaaak XD
***
Właśnie wpadło mi do głowy. Oczywiście, to nie ja jestem autorką muzyki ani też tekstu a prawa autorskie przynależą do wykonawczyni tego zacnego kawałka:
Sophia Delle Castirval: Dziewczyna Szamana, Justyna Steczkowska http://www.youtube.com/watch?v=eVapbhUdI34&NR=1&feature=endscreen
Dziewczyna szamana
Nie zazna nigdy snu
Dziewczyna szamana
Nie posłucha waszych słów
Rozpalone węgle
Ciągle chłonie z jego warg
Jak kapłanka diabła
Chce u stóp szamana spać
Byle nie ja...
Byle nie z nim...
Dziewczyna szamana
Patrzę w lustro czy to ja
I czy już się stało
To co się musiało stać
Byle nie ja...
Byle nie ty...
Dziewczyna szamana
Nie zazna nigdy snu
Ja to wiem, bo sama
Już nie zasnę bez twych ust
Ja to wiem - umarłam
By żyć nowym życiem tu
Byle to ja...
Byle to ty...
Tagi: przerywnik,
artystycznie
2012-01-19 13:55:19
skomentuj (11)

Faye miała już dość tej podróży. Przygoda z Fuumą i Kenem, jaka przed chwilą sie przytrafiła zdecydowanie podniosła jej ciśnienie. Coraz trudniej było w takich chwilach o zaufanie wewnątrz drużyny. Marzyła, by dotrzeć już do świątyni, zdobyć dla bogina co bogińskie i zostać odesłaną do domu. Ciekawa była też, jakie niespodzianki czekają na nią na pokładzie Bebopa, gdy już wróci. Jeśli wróci... Znieczulenie, jakie zaaplikował jej jakiś czas temu Deliratio powoli zaczęło puszczać, a zraniona ręka - dawać o sobie znać. Do tego męczył ją strasznie tytoniowy głód. Drużynowe zapasy wszystkiego były bardzo uszczuplone, siły wyższe zdawały się tym nieprzejmować. Jedzenie jak jedzenie, wiadomo - nawet trawą można się najeść. Ale czy w świątyni będą walczyć z nieznanymi, najpewniej prastarymi siłami uzbrojeni jedynie w patyczki? Przyszłość malowała się w ciemnych barwach. W takich chwilach Faye najbardziej potrzebowała papierosa. Oddaliła się więc od obozowiska w poszukiwaniu Gonza, który miał zdolność zdobywania papierosów praktycznie znikąd. Gremlin kręcił się chwilę w obozie, po czym zniknął i tyle go widzieli. Może schował się za jakimś namiotem? A wiadomo, w nocy wszystkie koty są szare. Dziewczyna obeszła obóz, gdy usłyszała szemranie. "Pewnie to zadowolony Gonzo znalazł fajki i mruczy sobie" pomyślała. Usatysfakcjonowana tą myślą, podreptała w stronę domniemanego źródła odgłosu. Dźwięk rósł z każdym krokiem w siłę a do niego dołącząły nowe odgłosy. Metaliczne brzeknięcia i jakby... przekleństwa i krzyki? Im bliżej źródła hałasu była, tym robiło jej się chłodniej. Jakby omiotła ją wieczorna, zimna bryza. Faye znała już Zire na tyle dobrze, że profilaktycznie poklepała się po kaburze wiszącej jej u boku. Nieważne, że w magazynku pistoletu zostały raptem dwie kule - to była w tej chwili cała broń, jaka jej została. Że też w trakcie dnia na opak musiała razem z ta głupią Motoko wysadzić w powietrze cały arsenał jaki mieli. W sumie pistolet, który teraz trzymała w gotowości w ręku ocalał cudem - leżał zaplątany w jej ubrania, porzucone tamtego dnia pod krzakiem. Porzucone. O matko. Wspomnienie pląsania nago na brzegu jeziorka przyprawiło byłą bounty hunterkę o ciarki. I nie było na kogo zwalić winy za te wydarzenia - to wszystko ta cholerna kraina! Załóżmy - myślała sobie dziewczyna - że ten cały świat sterowany jest przez ogromny komputer. Zośka, w urywkach podsłuchanych rozmów, czasem coś wspominała o jakimś systemie i balansie, ale często jej wypowiedzi kończyły się napadem wymiotów, więc wiele nie można się było ukradkiem dowiedzieć. Wprost też nikt nic o tym nie wspominał. No ale - załóżmy, że jest taki komputer. I ktoś go musi obsługiwać. I to przez niego (lub nią, Faye sama nie wiedziała, kto byłby w stanie popełnić tyle błędów) działy się te dziwne rzeczy. Oh, jak ona chętnie by tę osobę dopadła i, i...
Rozważając opcje zemsty na prawdopodobnie nieistniejącym operatorze nieistniejącego najpewniej Zire-komputera Faye skradała się do źródła hałasu, pełznąc po mokrej od rosy trawie. Równina nie zapewniała drzew czy innych chaszczy, które dałyby jej osłonę. Dotarła w końcu do źródła dźwięku - to strumyk szemrał sobie beztrosko. Faye rozczarowana, że to nie Gonzo delektujący się papierosami rozluźniła się trochę. Wtedy poczuła, że robi jej się zimno a wilgotny nos zwiastował porządne zakatarzenie i najpewniej gorączkę. Przez myśl, kolejny raz w ciągu minionych dni, przemknęło jej wspomnienie herbaty z miodem i cytryną...

- Stary, uważaj jak wachlujesz tą łopatą! Palca byś mnie pozbawił!
- Ojtam, odrósłby ci, alboco.
- Nie jestem pewien. Poza tym przywiązany jestem do niego, wiesz, powody sentymentalne i te sprawy...
- Nie wnikam, nie wnikam.
*kling*
- Aaargh! Przez twoje narzekanie porysowałem sobie obudowę Punishera! A znając życie na tym zadupiu nikt mi go nie wyklepie i nie wypoleruje!
- E tam, taka ryska.
- JA CI DAM!
I Faye została świadkiem tego, jak wędrowny kaznodzieja o skądinąd znajomej fizjonomii rzucił się z pięściami na wysokiego blondyna w ciemnym płaszczu (światło gwiazd nie pozwalało dokładnie rozpoznać kolorów).
- Oi! Chłopaki! Co się bijecie! - zawołała panna Valentine, po czym schowała pistolecik do kabury, podniosła się z trawy i podbiegła, by rozdzielić awanturujących się.
- A, takie tam, nasze męskie sprawy, hahaha! - odparł Vash z zakłopotaniem, odciągany od Nicka na bok przez dziewczynę - Miło cię widzieć, Faye, cieszę się, że nic ci nie jest! - blondyn rzucił się jej na szyje w powitalnym geście.
- Ale jak to się stało, że jesteście tu obaj? Vash, ciebie odesłaliśmy do domu, byłeś... umierający - wydusiła Faye w żelaznym uścisku blondyna gdzieś z okolic jego pachy. Gdy się spod niej wyczołgała, zwróciła się w stronę księdza
- A ty... Myślałam, że zostałeś gdzieś z tyłu, uciekłeś, bogowie wiedzą co...

- Sprawa okazała się dużo bardziej skomplikowana moje drogie dziecko...
I tak, po kilku minutach wyjaśniania co i jak, Faye wiedziała już wszystko.
- Doprawdy, Zire jest bardziej niezwykłe, niż przypuszczałam. Po wysłuchaniu tych nowin, ohohoho, chętnie bym zapaliła. Masz ognia? - bounty hunterka spróbowała uciec się do fortelu i ponętnie zatrzepotała rzęsami, wpatrzona zalotnie w kaznodzieję.
- Kochana, ognia to my mamy. Gorzej z cygaretami. Zakładam, że masz swoje, nieładnie porządać dóbr bliźniego swego...
- Jak to?! A, tak, mam, mam... ^^"
Faye demonstracyjnie poklepała się po kieszonkach tu i tam, Nick w zdziwieniu uniósł brew. Nic nie powiedział.
- Ojej, najwyraźniej zostawiłam w obozowisku, w innych ciuchach, ohohohoho... ^^""""
- No, tak patrząc na ciebie to w ogóle zostawiłaś ciuchy w obozie. Nic dziwnego, że jesteś pociągająca - kaznodzieja otaksował ją wzrokiem.
- ŻE CO PROSZĘ? - Faye już szykowała dłoń, by w razie czego wymierzyć mu policzek. Vash by jej nie obronił - w pocie czoła wygrzebywał coś z ziemi, pogwizdując pod nosem.
- No, nosem pociągająca. To mi wygląda na przeziębienie. Powinnaś siedzieć w cieple i pod kocem, napić się herbatki...
- No tak... - Faye odwróciła się od Nicka, by nie widział jej miny w danej chwili. Na szczęście Vash uratował ją przed publicznym okazywaniem emocji.
- Nick, udało się, mogę go ruszyć! Podważ tamto dłuższe ramię, to go wyjmę - kaznodzieja pospieszył kumplowi z pomocą, Faye przypatrywała im się z boku. Nick podważył najdłuższe ramię wbitego w ziemię krzyża zawiniętego w brezent utrzymywany na miejscu przez skórzane pasy. Dźwignął je z wysiłkiem i przekazał blondynowi, który jak gdyby nigdy nic wyciągnął pakunek z ziemi i ułożył obok wykopu.
- No, to jeszcze tylko motor - Vash starł kropelki potu, jakie wystąpiły mu na czoło i zaatakował saperką drugi rozpoczęty wykop.
- Faye, w saku mam papierosy... Będą wymagały suszenia, ale to wciąż papierosy. Powinnaś także usiąść przy ognisku. Weź go ze sobą i idź do obozu - Nick podał jej swój płaszcz podróżny, długą szatę chroniącą przed piaskiem i wiatrem pustyni. I zimnem pustynnych nocy. Dziewczyna nic nie powiedziawszy przyjęła pakunek i stała tam dalej, trochę zamyślona.
- No idź, zmarźniesz tu. My się ruszamy, ale ty jak będziesz tak stała to ci się zrobi gorzej - żartobliwy kuksaniec Nicka niestety trafił w urażoną rękę. Faye syknęła z bólu.
- Mógłbyś być ostrożniejszy! Byłam... kontuzjowana...
- Przepraszam! Nie wiedziałem, nie chciałem...
- Nie, to ja przepraszam - łowczyni znów była dziwnie spokojna - jesteś bardzo uprzejmy, nie powinnam na ciebie krzyczeć. Mam po prostu dosyć - westchnęła i usiadła na trawie owijając się w płaszcz. Nieoczekiwanie lekki uśmiech pojawił się na jej twarzy
- No, kopcie, kopcie. Ja poczekam, dotrzymując wam towarzystwa.
- Przyznaj się, boisz się, że ci spierdzielimy z tymi fajami, co? - zaśmiał się Vash.
- Ohoho, nawet przez myśl mi to nie przeszło. Naprawdę, po tym wszystkim co razem przeszliśmy, nie umiesz docenić mojego przyjacielskiego zaangażowania? *drama pose*
- Nie no, co ty...
Chłopcy kopali, Faye siedziała i tak zleciała na pogaduszkach jeszcze godzina, może trochę więcej. Dziewczyna opowiedziała im zaszłości ostatnich dni z jej perspektywy, oni opowiedzieli trochę o swojej planecie. Po udanych wykopkach cała trójka ruszyła w stronę obozu.
- Kurcze, tylko jak niepostrzeżenie oddam tę łopatkę Sagarze? - zreflektował się Vash - Faktycznie, trzeba było zapytać go wcześniej...
- Oj, poczęstujemy go napitkiem, nie powinien się dąsać - beztrosko rzucił Nick, co nie umknęło uwadze Faye.
- Napitek? Czyżby...?
- No, saki mojego pustynnego wierzchowca są dobrze wyposażone. Mam papierosy, napitki, sporo jedzenia, ubrania na zmianę, śpiwory, trochę sprzętu, mam nawet patelnię i gumową kaczuszkę!
- Erm...
- No tak, ona nie jest zbyt fascynująca. Chodźmy do ogniska, tam wysuszę co mam wysuszyć. I ty też się ogrzejesz, koleżanko. A czy zechciałabyś...
- Taaaak?
- ...wyspowiadać się? Życie na Zire sprowadza nawet niewinnych na drogę grzechu.
- Dziękuję, postoję _^_
- Tak tylko pytałem ^^"
- Deed! Stęskniłem się! - Vash podbiegł do swej ukochanej, siedzącej na pniaczku przy ogniu. Nie mógł nacieszyć się jej towarzystwem i widokiem.
Nick i Faye podążyli za nim.
Tagi: faye,
zire,
nick,
vash
2012-01-18 23:18:22
skomentuj (14)

Widok Motoko tak… ożywionej, wzbudził w Sophii mieszane uczucia. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz czarodziejka potrzebowała było towarzystwo podnieconych bab. W ogóle nie miała ochoty na jakiekolwiek towarzystwo. Od rana czuła się, jakby dostała obuchem po głowie: zmęczenie otoczyło jej umysł bezpieczną chmurką otępienia. Była wdzięczna Toudzie za rozsądek i wyrozumiałość. Gdyby nie odpoczęła przed przybyciem do obozu, prawdopodobnie załamałaby się psychicznie i fizycznie. Jednak ani razu w ciągu dnia nie pozwoliła sobie na roztrząsanie losu Feyda. Wieczorem wylądowała w namiocie „sił wyższych”, jak zaczęli ich nazywać członkowie drużyny spoza Zire. Miała nadzieję, że obecność względnie opanowanych osób, które nie zwykły zadawać niedelikatnych pytań, kiedy ich o to nie proszono, odciągnie jej uwagę od gromadzących się w głowie myśli. Kiedy jednak przyniesiono tu major Kusanagi – dawną podwładną Feyda, o którą Sophia była zazdrosna w skrytości serca – tak bezbronną, rozkojarzoną i w stu procentach ludzką, coś w czarodziejce pękło.
Po dziesięciu minutach wypełnionych szczebiotaniem anielic przetykanym coraz rzadszymi spazmami łkania Motoko, Sophia miała dość. Wyciągnęła z torby pokaźną piersiówkę napełnioną śliwowicą, którą zwykła zabierać ze sobą w dłuższe podróże. Przysunęła się do major, która oswoiła się już z reakcjami organizmu na tyle, że przestała się trząść i płakać, a z coraz większą grozą wpatrywała się w rozentuzjazmowany tłumek wokoło. Jej skwaszona mina bardziej zgadzała się z obrazem Kusanagi, jaki zapamiętała czarodziejka – zdyscyplinowanego żołnierza i inteligentnego analityka, chociaż nie ulegało wątpliwości, że zaszła w kobiecie radykalna zmiana. Podobnie jak odmieniony był Feyd podczas ich ostatniej rozmowy w Mieście Kobiet. Ciekawe czy Motoko zdawała sobie sprawę, że i w tej sprawie poszła w ślady swojego dawnego pracodawcy. Ale zmiana Feyda i Motoko była inna. Nie mogła powiedzieć skąd to wiedziała, poza tym, że czuła, że ma rację.
Pewnie dlatego zamiast rzucić się jej do gardła, Sophia podsunęła major piersiówkę pod nos.
- Pij. Zagłuszy i wyostrzy co trzeba.
Motoko sceptycznie spojrzała na naczynie.
- To alkohol. – stwierdziła trzeźwym tonem, który kontrastował z zaczerwionymi spojówkami i błyszczącym nosem rozemocjonowanej kobiety.
- Pij, głupia! – rozkazała Sophia ostro. Kusanagi usłuchała. Przyjąwszy znacznie lżejszą piersiówkę z powrotem, czarodziejka wyszła z namiotu, nie czekając na reakcję otoczenia.
Dziwna przemiana Motoko wyrwała Sophię z wygodnego stanu odrętwienia. Zaczęła ją dręczyć myśl, za którą czuła do siebie odrazę: że może lepiej by było, żeby Feyd umarł na jej oczach. Wszystko było lepsze niż ten stan zawieszenia, niepewność co do jego losu. Dopiero co żegnała się z nim przed jogo rzekomą śmiercią w Kyriadzie. Już swoje wtedy wycierpiała, ale ból był innego rodzaju. Łatwiej było się rozstać z dawną miłością, ze wspomnieniem bardziej niż z człowiekiem z krwi i kości… Nieco skrzepłej krwi i wysuszonych kości.
Sophia parsknęła nerwowym śmiechem.
- Co cię nagle tak rozbawiło? Myślałem, że jesteś nie w humorze.

Hazel pojawił się jak zwykle znikąd, a w rękach bawił się – a jakże – jej śliwowicą w srebrnej piersiówce. Wieki temu przestała się głowić, jakim cudem udawało mu się ją podejść za każdym razem.
- I nie jestem. Daj się napić. – czarodziejka zrezygnowanym gestem wyciągnęła rękę po swoją własność. Nut posłusznie oddał jej skradzioną piersiówkę, niby od niechcenia muskając czubkami palców jej rękę. Łajdak.
- Tę piersiówkę też ci sprezentowałem – grzecznie zauważył, kiedy odjęła ją od ust. – Poznaję srebrne inkrustacje.
- Mało mnie interesuje, komu ją ukradłeś, Nut. Zostaw mnie w spokoju z łaski swojej.
W odpowiedzi Hazel usiadł pod nienaturalnie powyginanym drzewkiem i poklepał miejsce obok siebie.
- Jak na moje oko, potrzeba ci teraz przyjaciela. Zresztą jesteś mi winna rekompensatę za poniesione straty moralne. Knuję misterny plan, by cię tutaj ściągnąć, najwyraźniej połykasz haczyk, widząc jak porzuciłaś święte obowiązki władczyni w czasie kryzysu, a ty zamiast rzucić mi się do gardła z uroczym błyskiem wściekłości w oku, dowlekasz się do obozu z energią wymiętego śledzia i aparycją nieco wczorajszą. Wiesz jaki byłem rozczarowany?
Sophia skierowała zmęczone spojrzenie na kupkę piasku i trawy, którą wskazywał Nut. Pociągnęła jeszcze łyk z piersiówki, pozwalając by śliwowica rozlała się miłym ciepłem po ciele i usiadła obok dawnego Władcy Miasta Mężczyzn. Bez słowa podała mu piersiówkę. Jak ma się upić, to nie sama.
Siedzieli tak w milczeniu jakiś czas, zbyt szybko opróżniając zawartość srebrnego cacuszka. W końcu Hazel nie wytrzymał.
- Jesteś gotowa powiedzieć, co się stało?
- Nut, jeśli jesteś moim przyjacielem, zachowuj się jak przyjaciel i zmilcz, kiedy cię o to proszę.
- Chyba należą mi się jakieś wiadomości na temat moich poddanych? Tych, którzy przybyli szukać schronienia w paszczy lwa?
Sophia nakreśliła mu pokrótce sytuację. W ustach mieli posmak śliwek, gardła nieco zachrypnięte od alkoholu.
Uważała na słowa, ale musiała się jakoś zdradzić, bo w pewnym momencie Hazel chwycił delikatnie jej dłonie i przesunął kciukami po jej kłykciach, jakby stwierdzając tym gestem jakiś fakt. Sophia nie nosiła już obrączki.
- Kiedy ostatnio go widziałam, wyglądał lepiej niż ty – powiedziała łamiącym się tonem.
- Wiem, też go widziałem. Ale polemizowałbym.
Czarodziejka zaśmiała się przez łzy.
- Nie mógł umrzeć wtedy raz, a porządnie? Nie mógł umrzeć jako dobre wspomnienie, a nie wracać jako ktoś, kogo jak się okazuje nigdy nie znałam? A ja nawet nie wiem, czy jestem już wdową, czy znowu kiedyś wpakuje się do mojego życia…
Zanim zdała sobie sprawę, siedziała oparta o Hazela, wypłakując mu się w ramię. Przeszło jej przez zmyśl, że musi wyglądać równie żałośnie co Motoko kilkadziesiąt minut temu, ale była wdzięczna za uspokajający dotyk ręki Nuta przeczesujący jej włosy i jego ciche zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Hazel nie kłamał, kiedy mówił, że był jej przyjacielem. Był jej jedynym prawdziwym przyjacielem w tym miejscu. Może jedynym, jakiego kiedykolwiek miała.
Kiedy zasnęła, a Hazel mógł się założyć, że później będzie mu miała za złe, że pozwoliła sobie na tę chwilę słabości, samozwańczy Król Złodziei jeszcze długo gładził włosy Sophii, zastanawiając się, czy kiedykolwiek uda mu się ukraść jej serce Feydowi Rautha’cie , który nękał ją nawet z zaświatów.
Tagi: zire,
sophia,
hazel
2012-01-18 00:31:02
skomentuj (21)
Przedstawiam Wam, drodzy Wuatcy & Miniony™ kolejną odsłonę Zire OST, edycja 2012. Niestety, to jedynie jedna z jego części, gdyż zrobiło się strasznie wielkie i zabrakło mi pomysłów V___V ale nie lękajcie się, reszta wkrótce, wszyscy zostaną uwzględnieni. Poza tym Kenshina jak zwykle dotyczy Uke Boy, którego tekstu nie moge znaleźć. Sypcie też własnymi sugestiami, będą niezwykle pomocne w tworzeniu tego dzieła. Oczywistym jest, że żadna z proponowanych piosenek nie jest naszą własnością jako autorów bloga - są tu jedynie cytowane, gdyż prawa autorskie przypisywane sa ich wykonawcom.
Love,
Bru
Sagara - Eternity Road, Lowlife http://www.youtube.com/watch?v=TCHTuRjfOAE
I could be frequently picked and was I ever
I could say beautiful things yet I was not so clever
I doubt if I had ever been
a young thing with a sad face
I had my own natural wit
the sad thing was that I meant it
I took this more or less
as my personal load
my very own to struggle with
down eternity road
as far as I know I was the first and I was somehow the only
as far as I know I won't be the last
it's better to be lonely
Soryuu - I'm Going Slightly Mad, Queen http://www.youtube.com/watch?v=Fb-3seZSQ_Q&ob=av2n
When the outside temperature rises
And the meaning is oh so clear
One thousand and one yellow daffodils
Begin to dance in front of you - oh dear
Are they trying to tell you something
You're missing that one final screw
You're simply not in the pink my dear
To be honest you haven't got a clue
I'm going slightly mad
I'm going slightly mad
It finally happened - happened
It finally happened - ooh oh
It finally happened
I'm slightly mad
Oh dear
I'm one card short of a full deck
I'm not quite the shilling
One wave short of a shipwreck
I'm not my usual top billing
I'm coming down with a fever
I'm really out to sea
This kettle is boiling over
I think I'm a banana tree
Oh dear
I'm going slightly mad
I'm going slightly mad
It finally happened - happened
It finally happened - uh huh
It finally happened
I'm slightly mad
Oh dear
Ooh ooh ah ah
Ooh ooh ah ah
I'm knitting with only one needle
Unravelling fast it's true
I'm driving only three wheels these days
But my dear how about you
I'm going slightly mad
I'm going slightly mad
It finally happened
It finally happened - oh yes
It finally happened
I'm slightly mad
Just very slightly mad
And there you have it
Ulvar - Prey, Seraphim Shock http://www.youtube.com/watch?v=GTXj_-2wlN8
In an angels eye
Where the shadows meet
In the pale moonlight
In a scarlet dream
Did you know too much
How it's so unreal
To your final breath
As the light spills cold mother mary says
Prey... prey... prey
You're everything I need
Crosses on the wall
Mothers rocking chair
Little helpless doll
Can you feel my stare
Think you know too much
Won't you moan for me my sweet young thing
Body soaked in sweat
As the light spills cold mother mary bleeds
Feyd Rautha - September Sun, Type O Negative http://www.youtube.com/watch?v=fUWXSE-bbIA&ob=av2n
September sun blowing golden hair
Now keep in mind son she was never there
October's rust bisecting black storm clouds
Only the deaf hear my silent shouts
Yet in the dark still he screams your name
Nights living with death with which rhymes insane
Ten years amassed para toda mi vida?
Lost man in time was his name Peter?
September sun rotted flatbush porch
I would have run then had I known the cost
Autumnal rays turned your eyes to stone
Did it give you pleasure to steal my soul?
Yet in the dark still he screams your name
Nights living with death with which rhymes insane
Ten years amassed para toda mi vida?
Lost man in time was his name Peter?
Leave her alone
Me? - I know why
Hazel - Sharp Dressed Man, ZZ Top http://www.youtube.com/watch?v=Pn2-b_opVTo
Sharp Dressed Man
Clean shirt, new shoes
and I don't know where I am goin' to.
Silk suit, black tie,
I don't need a reason why.
They come runnin' just as fast as they can
coz every girl crazy 'bout a sharp dressed man.
Gold watch, diamond ring,
I ain't missin' a single thing.
And cufflinks, stick pin,
when I step out I'm gonna do you in.
They come runnin' just as fast as they can
coz every girl crazy 'bout a sharp dressed man.
Top coat, top hat,
I don't worry coz my wallet's fat.
Black shades, white gloves,
lookin' sharp and lookin' for love.
They come runnin' just as fast as they can
coz every girl grazy 'bout a sharp dressed man.
Water - Rain, The Cult http://www.youtube.com/watch?v=hmuYSQbs_3M
Hot sticky scenes, you know what I mean
Like a desert sun that burns my skin
I've been waiting for her for so long
Open the sky and let her come down
Here comes the rain
Here comes the rain
Here she comes again
Here comes the rain
Hot sticky scenes, you know what I mean
Like a desert sun that burns my skin
I've been waiting for her for so long
Open the sky and let her come down
Here comes the rain
Here comes the rain
Here she comes again
Here comes the rain
I love the rain
I love the rain
Here she comes again
Here comes the rain
Oh, rain
Rain
Rain
Oh, here comes the rain
I love the rain
Well, I love the rain
Here she comes again
I love the rain
Rain
Rain
Aeyonne - Sex & Candy, Marcy Playground http://www.youtube.com/watch?v=-KT-r2vHeMM
Hangin' round downtown by myself
And I had so much time
To sit and think about myself
And then there she was
Like double cherry pie
Yeah there she was
Like disco superfly
I smell sex and candy here
Who's that lounging in my chair
Who's that casting devious stares
In my direction
Mama this surely is a dream
Hangin' round downtown by myself
And I had too much caffeine
And I was thinkin' 'bout myself
And then there she was
In double platform suede
Yeah there she was
Like disco lemonade
I smell sex and candy here
Who's that lounging in my chair
Who's that casting devious stares
In my direction
Mama this surely is a dream
Mama this surely is a dream
Yeah mama this must be my dream
Fuuma, The Bad Touch, Bloodhound Gang http://www.youtube.com/watch?v=xat1GVnl8-k&feature=related
Ha-Ha! Well now we
call this the act of mating
But there are sevaral other very important differences
Between human beings and animals that you should know about
I'd appreciate your input
Sweat baby sweat baby sex is a Texas drought
Me and you do the kind of stuff that only Prince would sing about
So put your hands down my pants and I'll bet you'll feel nuts
Yes I'm Siskel yes I'm Ebert and you're getting two thumbs up
You've had enough of two-hand touch you want it rough you're out
of bounds
I want you smothered want you covered like my Waffle House
hashbrowns
Come quicker than FedEx never reach an apex like Coca-Cola stock
you are
inclined
To make me rise an hour early just like Daylight Savings Time
Do it now
You and me baby ain't nothin' but mammals
So let's do it like they do on the Discovery Channel
Do it again now
You and me baby ain't nothin' but mammals
so let's do it like they do on the Discovery Channel
Gettin' horny now
Love the kind you clean up with a mop and bucket
Like the lost catacombs of Egypt only God knows where we stuck it
Hieroglyphics? Let me be Pacific I wanna be down in your South
Seas
But I got this notion that the motion of your ocean means
"Small Craft
Advisory"
So if I capsize on your things high tide B-5 you sunk my
battleship
Please turn me on I'm Mister Coffee with an automatic drip
So show me yours I'll show you mine "Tool Time" you'll
Lovett just like Lyle
And then we'll do it doggy style so we can both watch
"X-Files"
Do it now
You and me baby ain't nothin' but mammals
So let's do it like they do on the Discovery Channel
Do it again now
You and me baby ain't nothin' but mammals
so let's do it like they do on the Discovery Channel
Gettin' horny now
You and me baby ain't nothin' but mammals
So let's do it like they do on the Discovery Channel
Do it again now
You and me baby ain't nothin' but mammals
so let's do it like they do on the Discovery Channel
Do it now
You and me baby ain't nothin' but mammals
So let's do it like they do on the Discovery Channel
Do it again now
You and me baby ain't nothin' but mammals
so let's do it like they do on the Discovery Channel
Gettin' horny now
Tagi: przerywnik,
artystycznie
2012-01-16 22:20:31
skomentuj (7)

Zagato przemierzał knieję już od kilku godzin. Wysokie trawy, powalone drzewa, grząski grunt, pajęczyny, sterty gałęzi... Dla zwykłego człowieka przeprawa przez nieskalaną ludzką stopą zireańską wielką puszczę byłaby niemożliwa. Nieumarły łotrzyk nie miał jednak problemu z przedarciem się przez ten teren. Jego zmysły nigdy wcześniej nie były tak wyostrzone. To, jak widział w ciemności niemal nie ustępowało temu jak dotychczas widział w świetle dnia. Jedynie kolory miały lekko szarawy odcień. W powietrzu wyczuwał dziesiątki wyróżniających się zapachów, a nie niewyraźną i jednolitą mieszaninę. Każdy, nawet najdrobniejszy, szelest odbijał się wręcz echem w jego głowie, dopiero po jakimś czasie Zagato przyzwyczaił się do intensywności słyszanych dźwięków. Dodatkowo w jakiś ponadnaturalny sposób wyczuwał topografię terenu, po którym się poruszał. Wiedział w którą stronę zakręci starożytna, ledwie zauważalna ścieżka prowadząca przez chaszcze, spodziewał się tego, na jakie podłoże będzie zaraz wkraczał. W jego umyśle natychmiast tworzyła się mapa - tego, co już zobaczył i tego, co niebawem prawdopodobnie pozna. Prognoza była nadzwyczaj trafna.
Tylko powietrze... straciło swoją temperaturę. Tak jak i ciało łotrzyka. Nie czuł już ani ciepła, ani zimna. Świat dotyku został dla niego zamknięty na zawsze. Podobnie jak światy zmęczenia i bólu. To było akurat fascynujące, stał się wreszcie tak mocny, jak niegdyś pragnął się stać. Dodatkowym atutem była niezwykła zwinność, jaką oferowało jego nowe wcielenie. Mógł poruszać się szybko i cicho niczym wiatr, zastygnąć w bezruchu i czuwać bez najlżejszego drgnienia przez długi czas. Fechtunek dwoma długimi sztyletami w połączeniu z akrobatyczną gibkością zrobił na nim z początku olbrzymie wrażenie, lecz gdy przyzwyczaił się do swoich możliwości jego ruchy zyskały ponadnaturalną wręcz grację. Niezłe wynagrodzenie za poczucie nieustannej suchości w ustach i jedynego słusznego smaku butwiejących liści. Ale to nie rozkosze podniebienia się liczą - Zagato nie czuł już głodu ani pragnienia... z chęcią by jednak zapalił. Niekoniecznie papierosa. Alkohol również byłby mile widziany jako pilnik do zmysłów. Zajmie się tym później, teraz postanowił znaleźć drużynę, z którą podróżowała Fuu. Wraz z przemianą jego pamięć również stała się klarowna, zwłaszcza, że teraz nie działał już pod wpływem emocji. Emocje? Czyżby kolejny z zamkniętych dla niego światów?
Tu nie chodzi o sentymenty. Ulvar nie jest najlepszym możliwym sojusznikiem. Ta opcja wręcz nie była już dostępna. Lepiej sprzymierzyć się z jego wrogami.
I Zagato gnał przez puszczę, nie całkiem na oślep. Podświadomie wyczuwał, gdzie ma się kierować. W myślach wciąż miał zakodowane wspomnienie nocy spędzonej z Fuu. I żadnych emocjonalnych wrażeń z tym związanych.
Knieja zaczęła po mału rzednąć. Poprzez coraz mniej liczne drzewa wyzierać zaczął już płaskowyż porośnięty trawą. Czasem zdarzały się na nim jakieś drzewa, pojedyńcze krzewy, polne głazy. I rzeka. I światełko, punkt na horyzoncie jaśniejący na jednym z jej krańców.
Tagi: zagato,
zire
2012-01-09 18:08:21
skomentuj (108)

Noc zapowiadała się tak przyjemnie, pomyślał Kurzyk leżąc krzyżem na mokrej ziemi i patrząc w gwiazdy, a w ręku ściskając szyjkę pustej już butelki.
Tak przyjemnie, tak pięknie, tak namiętnie...
Jakim więc cudem do tego wszystkiego doszło???
- Gdzie mnie macasz, parszywy zboczeńcu?! – wrzasnęła Motoko, gdy Kurtz poderwał ją na ręce i ruszył w kierunku obozu. Dziwne, mógłby przysiąc, że miała do tej pory trochę inny charakter. – Zimno! Przytul mnie!
Lecąca za nimi Bronka skomentowała coś pod nosem, ale jej nie słyszał. No cóż. Kobieta chce, by ją przytulić, nie można odmówić.
W końcu dotarli do namiotu obozowej starszyzny. Nie, żeby Kurzyk się bał czy coś, ale co będzie, jak wejdzie i niewiadomo co zastanie?
- Czy tu jest Sagara? – pisnęła Motoko.
- Och, serce me cierpi, że ja ci nie wystarczę – dramatyzował blondyn, półżartem, półserio. – A kij z tym, wchodzę! – zapowiedział się i zamaszystym krokiem wtarabanił się do namiotu, Bronka tuż za nim. Sześć par oczu skupiło się na nich. – Dzień dobry, zastałem Jolkę?
- …
- No Jolkę czy… a, nieważne. Zero poczucia humoru. Tak. No. Wielmożni Starsi, ta Białogłowa potrzebuje chyba pomocy, coś dziwnego się z nią stało.
Kurtz podjął próbę posadzenia Motoko na wolnym posłaniu, ale ta wtuliła się w niego mocno. Kiedy zaś próbował ją od siebie odepchnąć, niechcący (?) złapał ją za biust.
- KYAAAAAAAAAAAAA!!! – rozległo się nagle, po czym nastąpił odbijający się echem w całym namiocie „plask”.

- Buahahhahahahahahahha – odparła Bronka.
- Burak – skwitowała Oreas.
- Faktycznie coś z nią nie tak – odezwał się w końcu Kotaro i podszedł bliżej, by przyjrzeć się cyborżce (cyborgince? XD). – Co się stało?
Niespodziewanie Motoko rozpłakała się.
- Nie wiem! Nic nie wiem! Siedziałam na tamtym kamieniu i rozmyślałam nad swoim życiem, nad uczuciami *szloch* Ja też mam marzenia! *szloch szloch* Czy gdybym była człowiekiem, on popatrzyłby na mnie cieplej? Uuuuaaa…! *szloch smark szloch* I wtedy spadłam i było mi zimno!!!
Rzuciła się Kotaro na szyję i wysmarkała w jego tunikę. Demon delikatnie pogłaskał ją po głowie.
- Serce jej bije – ocenił. – Nie czuję nic sztucznego w jej ciele.
- Tyle to i ja zauważyłam – wtrąciła się Bronka.
- To znaczy co, nagle stała się człowiekiem? – zastanowiła się Sinceritas.
- Przecież to niemożliwe.
- Możliwe – z zalanego mrokiem kąta namiotu doszedł ich głos Toudy. – Kamień Życzeń. Wiedziałem, że istnieje, ale nikt nigdy nie opisał dokładnie, gdzie się znajduje, a z istniejących przesłań można wnioskować, że to mały kamyczek, a nie wielki głaz.
- Znaczy co, spełni każde życzenie? – spytała Bronka. – Na przykład pomógłby mi odzyskać ciało?
- Hmm… Chyba nie. Twoje ludzkie ciało już nie istnieje, a nawet jeśli, jesteś od niego oddalona, a to miecz jest teraz twoją postacią. Kamień spełnia proste życzenia, fizyczne, dotyczące bezpośrednio zainteresowanego. Na przykład gdybyś chciała być dłuższa…
- Nie mam kompleksów jak niektórzy.
- Tak czy siak, trzeba pomóc tej dziewczynie! – wydarł się Kurtz. – Ona cierpi, nie może poradzić sobie ze swoim nowym ciałem! Nie rozumie, co się z nią dzieje! Ja się tobą zajmę, biedactwo! Pomogę ci!
- Precz z łapami, Buraku! – Oreas stanęła między nim, a smarkającą w rękaw jej ukochanego Motoko. – Jeśli potrzebuje pomocy, to na pewno nie twojej. Niezbędna tu jest kobieca ręka!
- Babski wieczór! – wykrzyknęła Sinceritas.
- Ale…
- No już, już, nie marudź, tylko zostaw to nam, złotko – starsza anielica poklepała rozczarowanego Kurzyka po ramieniu. – Jestem pewna, że twój wkład zostanie doceniony.
- Aleeeeee!
- Won.
I tak biedny Kurzyk został wyrzucony z namiotu (razem z resztą męskiej części magicznych odmieńców), ale i tak czuł się radośnie, w końcu mógł nieść pomoc.
Także siedział sobie spokojnie na pieńku przy ognisku z głupawym uśmiechem na ustach, sącząc rum, dopóki nie stało się to, co stało się później.
Teraz leżąc na ziemi (na ostatku z wrażenia nie utrzymał się w siadzie) przetwarzał ostatnie wydarzenia. Cóż, mógł zrozumieć, że był tak przystojny, że stanowił obiekt zainteresowań każdej płci, mógł też zrozumieć, że Zire odmienia ludzi (tak, zdążył o tym usłyszeć).
Nabrał głęboko powietrza i stanął na nogi. Rozejrzał się po obozie. Po kilku chwilach odnalazł płomiennowłosego wojownika. Ten był akurat pogrążony w rozmowie z tym mrocznym typem, z którym często go widywano.

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę szybko coś powiedzieć – wtrącił się do rozmowy, nie zastanawiając się, że może przerywać coś bardzo ważnego. Zwrócił się do Kenshina (tu należy zaznaczyć, że w szoku połowa tego co mówił Kenshin, mu umknęła :P): - Ja w sprawie tej sytuacji… Słuchaj. Jesteś nieziemsko piękny i oczywiście, że jesteś pociągający, i wcale nie odpychający *hic*, ale mimo wszystko, choć twe serce rwie się do mnie, i choć moje chciałoby odpowiedzieć ciepło, ja sam nie jestem jeszcze na to gotowy. To co między nami zaszło, nie może być! *hic* Być może, gdy minie trochę czasu… Ale nie! Nie mogę oczekiwać, że będziesz na mnie czekał. Musisz żyć swoim życiem, znaleźć prawdziwą miłość, choćby tę, która cię rzuciła! Nie rezygnuj z walki, na pewno ci się uda. Zasługujesz na kogoś lepszego niż ja. Żegnaj zatem. Żegnaj i… POWODZENIA!
Kurtz zapłakał, odwrócił się na pięcie i odszedł (w stronę wschodzącego księżyca) zostawiając panów samych.
*evil laughter*
Tagi: zire,
grupa,
kurtz
2012-01-08 17:15:31
skomentuj (27)
Kenshin już miał wydostać się z tego namiotu pełnego niedopowiedzeń i dwuznaczności, gdy poczuł silną dłoń zaciskającą się na jego nadgarstku i mocne szarpnięcie, które przyciągnęło go do Fumy. Żaden mięsień jego twarzy nawet nie drgnął na dźwięk słów:
- Porozmawiamy o tym później – które wysyczał mu wprost do ucha jego kochanek. Himura wiedział, że czeka go swojego rodzaju kara za wtargnięcie, ale teraz tak naprawdę mało go to obchodziło gdy był wewnątrz rozdarty. Gdy smok go puścił o mało się nie wytoczył z namiotu tak silne grały między nimi emocje. Samuraj na pewno nie pozwoli żeby wzięły one górę nad jego samokontrolą.

Po wyjściu z namiotu i odejściu na kilka metrów w ślad za Faye, Ken przystanął i złapał ją mocno za rękę żeby ją zatrzymać i zwrócić jej uwagę, ponieważ szybko szła by jak najdalej znaleźć się od tego namiotu. Zaskoczona odwróciła się gwałtownie i spojrzała mu w oczy. Dziewczyna wpatrywała się w niego ciekawie zapewne oczekując jakichś wyjaśnień, ponieważ rudowłosy widział jak emocje malują się na jej twarzy.
- Dzięki za ratunek z tej sytuacji Faye. – jego palce mocniej zacisnęły się na jej dłoni.
- Nie ma sprawy ale wiesz wolałabym zachować swoje palce w całości – i przeniosła wzrok na swoją rękę, gdzie palce Kenshina zaciskały się jak imadło.
- Oh…- zreflektował się – przepraszam – burknął, puścił ją i uciekł wzrokiem przed jej ciekawym spojrzeniem. Nastała niezręczna cisza, która według Himury przedłużała się w nieskończoność. Był roztrzęsiony widział jak drży cały w środku z nerwów. Co się z nim do cholery działo?! Przecież tak nie może być…To on siał postrach i potrafił zabić bez zmrużenia okiem. Więc co działo się teraz. Zacisnął pięści, a Valentine wyraźnie widziała pracę szczęki samuraja, który najwidoczniej zacisnął zęby ze złości.
- Powinienem pomóc Ci teraz poszukać Gonza prawda? – i nie pytając o zdanie ruszył przed siebie, a ona podskoczyła słysząc głos tak była zajęta studiowaniem jego twarzy.
- Czekaj – ruszyła w ślad za nim i dotknęła jego ramienia. Gdy się odwrócił miał taką żądzę mordu w oczach, że stanęła jak wryta z ręką cofniętą w pół drogi.
- Wiesz co może ja sama go poszukam ^^” nie wyglądasz najlepiej – zaczęła się powoli oddalać. Ken jej nie zatrzymywał i patrzył w ślad za nią aż nie znikła mu z pola widzenia.
Gdy się odwrócił zauważył Kurtza, który w najlepsze siedział sobie na konarze drzewa przy ognisku sam z uśmieszkiem na ustach. Ale to co innego zwróciło jego uwagę w tym momencie. Ruszył w stronę wesoło trzaskającego ognia z takim impetem o jaki w życiu by się nie podejrzewał.

- Daj mi to! – zażądał od Webera, który ze zdziwieniem zauważył że lekko zakurzona flaszeczka właśnie zniknęła z jego pola widzenia.
- Czekaj ja nie wiem czy Ty…- nie dokończył, szczęka opadła mu prawie do ziemi, gdy patrzył jak rudowłosy opróżnia butelkę do połowy za jednym zamachem.
Ken odetchnął z trudem po tak dużej ilości wypitego alkoholu na raz, a Kurtz zobaczył jak jego twarz staje się tak czerwona, niczym jego włosy, zarówno na nosie jak i policzkach. Himura klapnął z gracją pijanej żaby tuż obok zaskoczonego blondyna, wpatrującego się w tą scenę w pełnym zaskoczeniu.
- Jak on mógł tak…*hic*…i to z kim *hic* przecież oni się nawet nie lubią *smark* - rounin wpatrywał się zaszklonymi oczami na ognisko i nagle odwrócił się w stronę swojego towarzysza, któremu najwidoczniej z szoku odebrało zdolność chodzenia.
- Bo widzisz *hicup* ja i Fumma to jest coś…*hic* coś prawdziwego *hic* przynajmniej jedna strona tak myślała…– zamaszyście gestykulując z butelką w jednej ręce, zmarszczył czoło i kontynuował swój monolog nie zauważając desperackich prób blondyna, który próbował odebrać mu latającą wte i wewte flaszeczkę. Grunt to nie rozbić butelki.
- Wiem *shuuu* o co Ci chodzi *fiu* ale czy mógłbyś tak nie machać tą butelką *łup* - i w tym momencie biedny żołnierz zarobił w głowę i tego było już za wiele.
- Dawaj mi to! – bez większych ceregieli złapał go za nadgarstek i odebrał flaszeczkę. Zastygli obaj w tej dziwnej sytuacji. Oczy Himury nagle zaszkliły się jeszcze bardziej i popłynęły z nich łzy. Kobieca uroda Kena zbiła Kurtza z tropu, ponieważ przy nim czuł się prawie jak przy kobiecie której musiał, no po prostu musiał nieść pomoc. Samuraj przykleił się do ramienia Webera i zaczął wypłakiwać swe żale, a ten delikatnie pogłaskał go po głowie i rozejrzał się czy nikt ich nie obserwuje, ale najwidoczniej każdy był zajęty swoimi sprawami. Szczerze zdziwił blondyna fakt że ma takie odczucia w związku do Himury, aż sam musiał sążnie pociągnąć złotego trunku.
- No już już ^^” przecież to nie koniec świata prawda?
- Jak Ty nic *hic* nie rozumiesz *siorb* - palce Kenshina zaciskały się na zasmarkanej i mokrej koszuli Kurtza. Taaak alkohol wydobywa z ludzi ich wewnętrzne ja. Nagle rudowłosy podniósł głowę do góry tak, że ich twarze były bardzo blisko siebie.
- Bo chyba *hicup* jestem *hic* prawda że jestem? *hicup*…
- Co jesteś ^^”? – zapytał wygięty do granic możliwości do tyłu blondyn. Właściwie tak mocno, że pijany samuraj prawie na nim leżał, bo im się Kurtz odsuwał tym Himura się przybliżał.
- Nooo *hic* przystojny prawda? – i przybliżył swoją twarz do Webera co spowodowało że dzieliła ich granica dwóch magicznych centymetrów.
- Emm…ymm..no jesteś ^^”?
- No widzisz! To dlaczego ten smok o siedmiu boleści tego nie widzi *hic* i szuka sobie kogoś na boku *hicup* przecież jesteśmy szczęśliwi *hic* i nasze życie erotyczne przecież też jest udane tak?! *hic* - podczas tego monologu Ken puścił Kurtza tak gwałtownie, że ten biedny spadł z konarka na którym siedzieli nakrywając się nogami, ale ratując butelkę przed stłuczeniem.
- Ech…przecież ja nigdy *hic* a on *hic* my *hic* - wypowiedzi samuraja coraz bardziej się nie układały w całość, sięgnął po butelkę która spoczywała wciąż w ręce poobijanego Webera i upił spory łyk.
- Co w tym jest?
- Ugh…Rum? – odpowiedział blondyn wygrzebując się z drugiej strony konara. Miał potargane włosy a tu i ówdzie wystawały źdźbła trawy.
- W sumie i tak wszystko *hicu* jedno – upił kolejny zanim butelka została mu ponownie wyrwana.
- Chyba masz na dziś dosyć. Została jedna czwarta butelki.
- Pfff wszyscy mi dzisiaj mówią co mam robić *hic* – wstał gwałtownie i gdyby nie blondyn który go w ostatniej chwili podtrzymał, Kenshin niechybnie zaliczyłby pięknego orła. Niestety sytuacja była nie tyle dziwna co dwuznaczna, ponieważ przy próbie ratowania rudowłosego Kurtz z pozycji siedzącej na drzewie chwycił Himurę za…tyłek.
Zabrał czym prędzej rękę, co było jego błędem ponieważ niestabilny chód rounina przewrócił go wprost na blondyna z takim impetem, że ich usta się złączyły w pocałunku.
Weber szeroko otworzył oczy i natychmiast się odsunął co z leżącym na nim samurajem było nielada wyczynem.
- Czy my…czy Ty...czy ja?! – jąkał się z wrażenia.

- Nie chcesz mnie? Czy jestem taki od*hic*puchający? – bełkotał Kenshin. Klęczał a poły (tak napisałam to <- dop. sejzak XD) jego kimona rozchyliły się odsłaniając bladą pierś. Płomień ogniska oświetlał, rudą czuprynę i twarz lekko zaróżowioną od wysiłku…a może i od czegoś innego? Przy bliższym spojrzeniu Himura aktualnie wyglądał…seksownie?! Zaraz zaraz o czym on w ogóle myślał!! <__<”. Zero rumu dla niego _^_”.
- Nie to nie Twoja strata *hic* - podniósł się niezdarnie Ken zniecierpliwiony czekaniem i odwrócił na pięcie zostawiając Kurtza i flaszkę im własnym przemyśleniom.
Szedł, a raczej zataczał się wciąż o coś się odbijając i nie wiedzieć dlaczego, ale jego nogi znów poniosły go w stronę namiotu gdzie zastał swojego kochanka z Rizu. Może to alkohol dodał mu więcej odwagi żeby móc wygarnąć swojej niewiernej połówce. Uśmiechnął się złowrogo, na tyle na ile mógł w tym stanie i pewny siebie przyspieszył kroku. W oddali spostrzegł zbliżającego się w jego kierunku Fuumę, który stawiał zamaszyste kroki kierując się z wściekłym wzrokiem w stronę swego małżonka. Zatrzymał się gdy ujrzał zataczającą się czerwoną kulkę, która próbowała robić złą minę, co swoją drogą wyglądało nader komicznie przy niemożności zachowania równowagi. Wreszcie gdy jakoś udało mu się dotrzeć do smoka powiedział:
- Słuchaj no *hic* Ty *hic*…- podniósł palec prosto do twarzy smoka chwiejąc się to w przód to w tył patrząc mu prosto w oczy – słuchaj no *hic* Ty *hic* - powtórzył raz jeszcze dla podkreślenia wżności tych słów, ale niestety Himura nie zdążył dokończyć ponieważ w tym momencie zgiął się w pół a spod nóg Monou dobiegło głośne *burkh* i samuraj oddał pięknego pawia wprost pod nogi kochanka.
Tak zdecydowanie zaszkodziła mu dzisiaj spożyta ilość sucharków.
Tagi: zire,
kenshin
2012-01-06 18:59:46
skomentuj (20)
+++
Layout by Ri-chan
Artwork by Gaius31duke
+ DRUŻYNA +
...:::Rizu:::... Admin @
 ...Sagara Sousuke... ***Full Metal Panic***
PERSONAL DATA:
Nazwisko: Sousuke Sagara
Wiek: 16
Grupa krwi: A kto by to wiedział
Stopień: sierżant
Organizacja: Mithril
Callname: Urz7
ID: B-3128
Arm Slave: ARX-7 Arbalest
Doświadczenie bojowe: pełne
Doświadczenie życiowe: żadne
---END OF PERSONAL DATA--- vv"
 ...Deedlit... *Record of Lodoss War*
Rasa: Elfka
Wiek: 16
Prawdziwy wiek: 116
Lubi: Parna
Chara: optymistyczna, wesolutka, niepoważna, odeszła z Lasu bez Powrotu, żeby mieszkać z ludźmi. Jak to się skończyło widać obok ^^;
Nie pali...
...:::Pszczoła:::... @
 ...Faye Valentine... ***Cowboy Bebop***
Ostra jak brzytwa, wredna, pewna siebie, inteligentna, blyskotliwa i oczywiscie
zabojczo piekna. Do tego otacza ja mgielka tajemnicy...
 ...Van Slanzar de Fanel... ***The Vision
of Escaflowne***
Kryje wiele tajemnic. Trudno zdobyc jego zaufanie, ale jak sie go sobie zjedna, bedzie lojalny i oddany do konca. W jego zylach plynie najprawdziwsza krolewska krew. Jest pilotem zbudowanego w starozytnych czasach guymelafa Escaflowna Ispano, zwanego rowniez "Bialym Ispano". Mech jest od pokoleń skarbem rodziny królewskiej Vana.
 ...Fuuma Monou... ***X/1999***
Pedał-erotoman, gwałciciel rudego łona.
...:::Sejzaczek:::... @
 ...Himura Kenshin... ***Ruroni Kenshin***
Płomiennowłosy wojownik, pedał. Właściciel rudego łona.
 ...Valgaav... ***Slayers***
Ponieważ Korinek jest za leniwy, żeby napisać dwa zdania, o tym smoczku można powiedzieć tyle, że ma swój charakter, wie czego chce i nie trawi Xellosa. Silny, uparty i lubi się izolować.
...:::Brujah:::... @
 ...Vash the Stampede... ***Trigun***
Ten rozkoszny blondyn o niewiarygodnie złej reputacji nie skrzywdziłby nawet muchy, gdyż w swym życiu kieruje się zasadą "this world is full of LOVE & PEACE!". Kocha tańczyć i jeść pączki. Jest pogodny i z reguły wygłupia się, gdyż chciałby aby wszyscy wokół czuli się z nim komfortowo. Nie jest jednak bezmyślnym lekkoduchem, jakim może się zdawać. Czy wspominałam, że jest czującą rośliną z kosmosu, wyposażoną w broń masowego rażenia?
 ...Nicholas D. Wolfwood... ***Trigun***
Jedyny w swoim rodzaju pustynny kaznodzieja z przeszłością, prowadzący sierociniec. Chętnie wyspowiada każdego, kto stanie na jego drodze, nie zawaha się jednak użyć przemocy w obronie biednych i uciśnionych. Skłócony z życiem, nauczył się od Vasha, że zabijanie nie jest rozwiązaniem. Nie do końca mu się to opłaciło. Pali, dużo i namiętnie.
 ...Motoko Kusanagi... ***Ghost in the Shell***
Członek 'Sekcji 9'. Jest ona prawie w pełni cyborgiem, jedynie jej mózg jest organiczny. Posiada cybernetyczne ciało klasy 'A', które pozwala na osiągnięcie nadludzkiej siły. Dodatkowo dzięki specjalnemu płaszczykowi" może stać się niewidzialna. Charakteryzuje się bezwzględnością w działaniu, potrafi w mgnienia oku zabić. Jest zatem uosobieniem przemocy, ale co niespodziewane też delikatności... Do swoich podwładnych (gdy służyła w oddziałach specjalnych zyskała nawet przydomek 'pani Major') odnosi się z szacunkiem i zachowuje się wobec nich bardzo ludzko. Człowieczeństwo stanowi jednak dla niej pewien problem - często zastanawia się czy jest już tylko maszyną, czy jednak wciąż człowiekiem posiadającym wolę i indywidualność.
 ...Zagato... ***Magic Knights Rayearth***
Rycerz po przejściach, nieżywy, z oryginałem ma niewiele wspólnego, jakiś-tam opis postaci xD
+ POSTACIE +
+ BEZPAŃSKIE +
 ...Xellos... ***Slayers*** Jest jedną z pięciu bestii Shabranigto. Ma dziwne skłonności o grania wszystkim na nerwach ^^. Trudno o większego manipulatora. Jeśli uda się komuś coś od niego wyciągnąć, to nie jest to nawet połowa sekteru. Nie ma zwyczaju kłamać (zamiast tego mówi "sore wa himitsu desu"). Ironiczne poczucie humoru, podstępny uśmiech i skłonność do znikania - to jego znaki firmowe ^^ Obecnie służy złotemu władcy.
 ...Fuu... ***Magic Knight Rayearth***
Spokojna, inteligentna, samotna ze mnie osobka. W trudnych sytuacjach potrafi wykazac sie sprytem i zimna krwia. Dobra w czarach,
najlepiej wychodza jej czary uzdrawiajace. Niechetnie siega po jakakolwiek bron, ale jak juz musi wybierac to walczy mieczem albo szczytletami(zawsze nosi dwa schowane w specjalnie uszytych kieszeniach). Bardzo trudno nawiazac jej nowe znajomosci, ale jak ktos zdabedzie jej zaufanie to moze
polegac na niej w kazdej sytuacji.
 ...Gourry Gabriev... ***Slayers***
Jedyny w swoim rodzaju najemnik, którego najpotężniejszym atutem intelektualnym jest blond peleryna. Odporny na wiedzę, ciężki do zaje... bicia. Mistrz ciętej riposty, o ile chodzi o cięcie szermiercze. Samozwańczy opiekun Liny "Keine Titzen" Inverse i posiadacz jednego z pięciu legendarnych oręży, świetlnego miecza. Desperacko poszukiwał Liny, która zaginęła bez śladu.
 ...Space Sword... ***Sailor Moon***
Od dziś koniec problemów z tyciem i nałogami! Nigdy więcej hormonów! Troski o strój - koniec! Oto charakter w czystej postaci, krystaliczna osobowość, bez żadnych zbędnych naleciałości cielesnych. Oto ona - Broń nowej generacji i nowe pokolenie broni! Charakterystyczny miecz z charakterkiem! Oto Space Sword zamieszkany przez swoja właścicielkę - hybryda stali i stalowej woli!
 ...Kurtz Weber... ***Full Metal Panic***
Kobieciarz i przyjaciel Sousuke. Tak jak on, jest członkiem Mithrilu, sierżantem oraz pilotem Armslave'a M9 Gernsback, a do tego doskonałym snajperem. Płynie w nim japońsko-niemiecka krew. Kod: Urz-6, ID: B-3127. Piszę "Kurtz" zamiast "Kurz", bo to drugie głupawo wygląda.
|